Wizyta

Archibald Randolph Ammons

Do mnie nie jest daleko
możesz przypłynąć łódką stając
w chłodzie cienia i tańczących mgieł
albo zejść na brzeg
wypocząć, przyjrzeć się listowiu

pogawędzić z ptakami i zielem
chylącym się ku wodzie; wioślarza zgódź
dorosłego, nie starca, i łódź
wąską jak canoe; (lepszy
byłby niemowa, tyle samo

weźmie, a przywoła
refleksy na rzece i ciszę pod listowiem)
bagażu nie bierz: książkę, jakiś sznurek
w przełomach rzeka mięśnieje od pstrągów
i liścia bobkowego

nie zbraknie na suty odwieczerz:
jeśli wyruszysz rano, przybędziesz
trzeciego dnia w pełnym blasku
wieczoru; zejdę po ciebie
na przystań

(wioślarzowi mów, aby mnie wyglądał,
niemowy bystry wzrok mają i żadnych skłonności
do złudzeń) powitam cię domowym
winem i wierszem na twą cześć:
możesz też przybyć brzegiem

weź tedy prawy: mniej tam się sypie
kamieni i stromizna mniej stroma
wędrując nie przynaglaj siebie, wspinaczka
rozrzedza myśl i krew, a trzeba
naprzeciw rozmowie

położyć gęstwę milczenia
są pewne nowiny: znalazłem miesiąc temu
pięknie skręcony korzeń i w brzęczeniu owadów
nowy dźwięk: przybywaj.

tłumaczenie Grzegorz Musiał

Twoja ocena
Archibald Randolph Ammons

Wiersze popularnych poetów

Harmonia Beethovena

Naj­pierw ko­nie ża­łob­ne pię­trzy­ły się do chmur uno­sząc przy­łbi­ce miast i gwiazd zie­lo­ne stru­ny, za­sty­ga­jąc w po­mnik uko­śny, w po­chy­lo­ny szturm, aż krzy­cza­ło ze­wsząd, że runą. Grzmiał wiatr, a po­są­gi…

Okno na tamtą stronę

Mam okno na tamtą stronę, bezczelne żydowskie okno na piękny park Krasińskiego, gdzie liście jesienne mokną… Pod wieczór szaroliliowy składają gałęzie pokłon i patrzą się drzewa aryjskie w to moje…

Nagość nas kocha

Nie oddaj im mojego ciała Zgódź się na wszystko – tylko nie oddaj im mojego ciała Spal je W środku nocy Przy zasłoniętych oknach Zawiń w liście aloesu w bandaże…