NIC TYLKO POTEM

Maciej Melecki

W ciemnym, zamarzniętym śniegu, właściwie jego resztkach, na skraju
Wyleniałego trawnika, już po zmroku, już zaraz, jeszcze nie wtedy, jakby dotąd,
Nie potem, choć właściwie nie tak, czyli już nigdy, na koniec lat, jak w stogu
Porzucony bat, na początku stałego przesilenia błędnika, w zawierusze
Nie większej od ziemi, już w pół kroku, nieodwrócony, przepołowiony,
Zmięty, a jednak sztywny jak termometr, nie dalej niż nigdzie, nieblisko, nie
W sam raz, jak pogięty, skłębiony drut, jakby zaszklony krzak, wystrzeliwszy
Dwakroć więcej nieskończonych wrzaw, pełnych śrutów, gwoździ i szmacianych
Mar, bez środka, bez przerwy, zatapiany zadyszką sekund, w tym marnym
Celu, przetrwawszy nic tylko to, bo tylko nic potem było tak jak kiedyś tam,

Zawsze bowiem spełzało z obręczy rzutkie mrowienie, kopanie światła nie
Ustawało, rozstrój więc bujny jak świerzb. Beczka turla się nadal, głowa to jej
Szpunt. Dyszlem dźgany na tej mordze smutku, w skosie srogim jak wyrzut,
Wychodzisz, naciskasz, otwierasz, wyjmujesz i zatrzaskujesz echu drzwi.
Hen, hen za wami nie było czego siać, dobijać do grodzi tego wrzątku. Trąbi
Wiadukt. Trzebi mżawka. Flegma śnień. Napędza cię wsteczny ruch. Zwężony
Obraz swojego odbicia to głucha fiolka, w której zatrzymany jest szary kontrast
Tego niespiesznego zbycia. Cień z wydłubanej gliny, owych tabliczek zdławionego
Czasu, ma kwaśny posmak czaszy opadającej, jak zbłąkany w komorze orbity
Radar. Poza odczuwane granice możesz więc wyjść tylko wtedy, kiedy je

Przeoczysz, przenosząc się między bagno a płot, by mieszkać zawsze na wspak, w
Kuli bez nogi, otorbiony pyłem zbaczającej drogi. I nawet, jeśli głęboko śnisz,
Przywierając do wyżarzonych twarzy bohaterów wszelkich złupień, nie wystajesz
Poza ramy tego narastającego docisku, zapętlony jak hak. Tak więc po obrzeżu, po
Dnie każdej taksonomii szarpnięć, w stałym zwarciu nie zawierania, otwartości
Tasiemcowych tąpnięć, na tym rozmagnesowanym polu, gdzie grasuje tylko
Wiązka rys, szczep krótkotrwałych ustaleń, rozedrganych bardziej niż okopcona
Igła w oku. Gruzowisko obłupanych cegieł. Rozrzucony kompost zejść. Pomór
Długi jak dach we framudze przesyłu. Wykroczenie poza kąt wiekuistego spadania.
W tym bezmiernym zapadlisku straceń, potknięć i ciśnień, prostowany przez spiralę.

Twoja ocena
Maciej Melecki

Wiersze popularnych poetów

ranem

ptaki szybują nad nieobecnością burzy ulice wymiecione przez drzazgi po drzwiach bo kiedy miasto jest szare można zobaczyć łamanie się światła, unieść obramowanie, połknąć klucz zobaczyć bezrękich listonoszy, niosących ten…

Wybieganie z raju

Kominy pracują na nasze zamyślenie, mają astmę, oddychają ciężko. Czekam aż skończysz wpatrywać się w tę niebieską cegłę wiszącą nad nami, zauważyłeś, jak rzadko używamy w rozmowie kolorów? Każde dopowiedzenie…

Prospekt

Jestem pastylka na uspokojenie. Działam w mieszkaniu, skutkuję w urzędzie, siadam do egzaminów, starannie sklejam rozbite garnuszki – tylko mnie zażyj, rozpuść pod językiem, tylko mnie połknij, tylko popij wodą….