Wstęp

Adam Asnyk

O mat­ko zie­mio, do­bra kar­mi­ciel­ko!
Żywisz nas hoj­nie przy swej pier­si mlecz­nej
Nie­bie­skiej rosy ożyw­czą kro­pel­ką
I pro­mie­nia­mi ja­sno­ści sło­necz­nej,
Któ­re prze­ra­biasz na chleb, co się mno­ży
Co­dzien­nym cu­dem wiecz­nej my­śli bo­żej.

O mat­ko zie­mio! ty nam da­jąc cia­ło,
Zbu­dzo­ną du­szę kar­misz na swym ło­nie –
Da­jesz jej po­znać świa­ta pięk­ność całą,
Opro­wa­dza­jąc przez błę­kit­ne to­nie,
I po gwiaź­dzi­stym uno­sisz prze­stwo­rze,
Co dzień po­ran­ku od­na­wia­jąc zo­rze…

Roz­ta­czasz przed nią kształ­tów nie­skoń­czo­ność
I co­raz nowe prze­su­wasz ob­ra­zy,
Stro­isz się w błę­kit mo­rza, w łąk zie­lo­ność,
W błysz­czą­ce pia­ski, w nie­bo­tycz­ne gła­zy,
Roz­wi­jasz wi­dzeń tę­czę ma­low­ni­czą
I świe­żych wra­żeń na­pa­wasz sło­dy­czą.

Ty ją prze­ni­kasz barw i dźwię­ków falą,
Przez zmy­sły dro­gę otwie­ra­jąc do niej,
Rzu­casz w nią ognie, co się wiecz­nie palą
W ob­ło­ku ma­rzeń i kwie­ci­stej woni,
Po­da­jesz przę­dzę, któ­rą ona bie­rze,
Snu­jąc z niej da­lej pa­sma uczuć świe­że.

Ty jej swe wszyst­kie skar­by zgro­ma­dzo­ne
Rzu­casz na pa­stwę z roz­rzut­no­ścią mat­ki,
Po­zwa­lasz zdzie­rać z twa­rzy swej za­sło­nę
I co­raz nowe za­da­jesz za­gad­ki,
Kry­jąc w swej dło­ni jako Izys czar­na
Kwia­ty lo­tu­sów i psze­nicz­ne ziar­na.

Do­bra pia­stun­ko! trzy­masz nas tak moc­no
Na swo­jej pier­si, co się cią­gle chwie­je –
Sny cu­dow­no­ści zsy­łasz porą noc­ną,
A we dnie wła­sne opo­wia­dasz dzie­je…
Na­wet pro­stacz­kom da­jąc mą­drość wiel­ką,
Do­bra pia­stun­ko i na­uczy­ciel­ko!

My się nie mo­żem ode­rwać od cie­bie,
Cię­ża­rem cia­ła z cia­łem twym spo­je­ni,
I cho­ciaż my­ślą wzla­tu­jem po nie­bie,
Sny za­świa­to­we ści­ga­jąc w prze­strze­ni,
Mu­si­my za­wsze czuć pod nogą swo­ją
Ten grunt, na któ­rym kształ­ty na­sze sto­ją.

Mu­si­my z tobą w zgo­dzie żyć – ina­czej
Duch się obłą­ka w mgle uro­jeń ciem­nej,
W złud­nych za­chwy­tach, w bez­płod­nej roz­pa­czy,
W sen­nym omdle­niu lub wal­ce da­rem­nej,
I poza świa­tem pę­dzi ży­wot cho­ry,
Nie ma­jąc twar­dej dla sie­bie pod­po­ry.

Mu­sim żyć z tobą w zgo­dzie – do mo­gi­ły,
Cho­ciaż cel wyż­szy sta­wia­my przed oczy –
Pra­gnąc za­czerp­nąć świe­ży za­sób siły,
Każ­dy z nas musi w wal­ce, któ­rą to­czy,
Tak jak An­te­usz do­ty­kać się zie­mi…
Bo­śmy, o mat­ko, wszy­scy dzieć­mi twe­mi.

Na two­ich bło­niach wscho­dzi­my jak kwia­ty,
A ty sto­sow­ne nam wy­zna­czasz grząd­ki;
Każ­dy dla sie­bie znaj­dzie grunt bo­ga­ty,
Swych po­przed­ni­ków pro­chy i pa­miąt­ki,
I każ­dy tyl­ko na swej wła­snej ni­wie
Może za­kwi­tać sil­nie i szczę­śli­wie.

Tam tyl­ko znaj­dzie od­po­wied­nie soki,
Wła­ści­wy za­kres i wa­run­ki bytu,
Skwar­ny blask słoń­ca albo cień głę­bo­ki,
Mo­drą toń je­zior lub kra­wędź gra­ni­tu,
Tam kształt i bar­wę wła­ści­wą przy­bie­ra,
Na czas doj­rze­wa – i na czas za­mie­ra.

Zna się z bu­rza­mi swej oj­czy­stej stro­ny
I z tchnie­niem wio­sny, któ­ra go upie­ści…
I od po­cząt­ku idzie uzbro­jo­ny
Na roz­kosz ży­cia i jego bo­le­ści.
Więc nic dziw­ne­go, że nad wszyst­kie inne
Musi uko­chać za­go­ny ro­dzin­ne.

To przy­wią­za­nie, któ­re lu­dzie pro­ści
Czer­pią z ci­che­go z na­tu­rą przy­mie­rza,
Stwa­rza oj­czy­znę jako cel mi­ło­ści
I co­raz wię­cej za­kres swój roz­sze­rza,
Aż cały krąg twój obej­mie, o zie­mio!
Ra­zem z zmar­ły­mi, co w gro­bow­cach drze­mią.

A kto uko­chał cie­bie ser­cem swo­jem
I w twe ob­ję­cia chy­li się z tę­sk­no­tą,
Tego po­god­nym ob­da­rzasz spo­ko­jem,
Spoj­rze­niem mat­ki i mat­ki piesz­czo­tą
W za­cza­ro­wa­ne znów wpro­wa­dzasz koło,
Wra­ca­jąc mło­dość ja­sną i we­so­łą.

Cho­ciaż do cie­bie przy­bę­dzie zła­ma­ny,
Ucho­dząc lo­sów cięż­kie­go roz­bi­cia,
Ty, do­bro­tli­wa, za­go­isz mu rany
I spę­dzisz z du­szy pa­lą­cy ból ży­cia,
I cier­pią­ce­go po­jed­nasz czło­wie­ka
Z tym, co już prze­żył, i z tym, co go cze­ka.

I wszyst­kim, któ­rzy do cie­bie się gar­ną,
Po­zwa­lasz ze­brać od­po­wied­nie żni­wo;
Mło­dzień­com da­jesz ser­ca moc ofiar­ną,
A star­com da­jesz wy­trwa­łość cier­pli­wą,
Za­do­wo­le­nie, co twarz kra­si bla­dą,
I uśmiech, z ja­kim do gro­bu się kła­dą.

Bo ty, o mat­ko, masz dla swo­ich dzie­ci
Za­wsze mi­ło­ścią pro­mien­ne ob­li­cze,
I twój wzrok ja­sny, co nam w ży­ciu świe­ci,
Jesz­cze roz­wid­nia mro­ki ta­jem­ni­cze,
Kie­dy za­my­kasz mi­ło­sier­ne łono
Nad gar­ścią pro­chów – pro­chom po­wró­co­ną.

Twoja ocena
Adam Asnyk

Wiersze popularnych poetów

karmienie

patrzyłam jak odchodzi na jego siwą głowę w czasie rzeczywistym: chybotliwą, suchą i przypomniały mi się połamane ważki ulegające żółwiom w cuchnącym akwarium.

Pielgrzym

U stóp moich kraina dostatków i krasy, Nad głową niebo jasne, obok piękne lice; Dlaczegoż stąd ucieka serce w okolice Dalekie, i – niestety! jeszcze dalsze czasy? Litwo! piały mi…

List od czytelnika

Za dużo o śmierci, o cieniach. Napisz o życiu, o zwykłym dniu, o pragnieniu ładu.   Dzwonek szkolny może być wzorem umiarkowania, nawet erudycji.   Za dużo śmierci, zbyt wiele…