Z kroniki życia Lwa Tołstoja

Tadeusz Różewicz

We śnie
kocha mnie Żona

wszystko staje się
jasne lekkie
we mnie dokoła

potem przebudzenie

rzeczywistości
ślepe uderzenia
raz koło razu
jestem skazany na życie
które jest upadkiem

tylko dzieci przebijają
ściany naszego więzienia
ptasimi głosami

przy herbacie
ordynarna kłótnia z Żoną
oko za oko
ząb za ząb

życie cuchnie
jak gąbka nasiąka
strachem gniewem żółcią
kto dotknął
zamkniętych ust
w domu oswojona śmierć
z rumieńcami życia bezwstydnymi
rośnie z dnia na dzień

Moje serce jak ciężko
jestem liczym robakiem
jestem pyłem na sandałach
odchodzącego Boga

zbędny pragnę śmierci

Panie uwolnij mnie
rozwiąż moje związki

życie poniża mnie
pragnę śmierci
jestem padliną
na jasnej polanie

odkryłem w sobie
ranę
wstydliwą ropiejącą
zdrowie kwitnące pożądanie
przeprowadzka do Moskwy
w domu obłąkanych
obłąkani „urządzają się”

nie myślą o duszy w salonach
nie myślą o zmartwychwstaniu
czy ja jeden pozostałem
przy zdrowych zmysłach

najokrutniejszy miesiąc
w moim życiu
bale wizyty toalety
perfumy tańce zmysły
chowam przed sobą
sznur
życie zaciska się
jak pętla

spróbuj jeszcze raz
chcę się zmienić
będę pogodny
będę lepszy

nie
to jest niemożliwe

przy wieczornej herbacie
wzajemne oskarżenia
gniew zapach z ust kłamstwo

próbuję pisać
nie mogę

chowam przed sobą
ten postronek

jestem starym zmęczonym człowiekiem
cały dzień tęskniłem
do odrobiny ciepła czułości
chcę jak małe dziecko
przytulić się do matki
moja dusza
tęskni do miłości ziemskiej
nie do boskiej zimnej
niebieskiej
tęsknię do matki
której nie pamiętam
to wszystko
jest szaleństwem
pragnę śmierci

jestem żywym trupem
z wielkimi skrzydłami

Twoja ocena
Tadeusz Różewicz

Wiersze popularnych poetów

Kamień

Ja tyl­ko je­stem ka­mie­niem I jako nie­mow­lę tu, Ob­ję­ty mat­ki ra­mie­niem, Ci­che­go uży­wam snu. Le­d­wie świt du­cha pół­sen­ny Mnie z łona mar­two­ści zwie I w mo­jej pier­si ka­mien­nej Po­czu­ciem ist­nie­nia tchnie. Jesz­czem zwią­za­ny łań­cu­chem W sze­re­gu bez­wied­nych brył Z ogól­nym na­tu­ry du­chem, Z ko­leb­ką bez­wied­nych…

żyłki

jest rozpacz light przy domniemanej ciąży i jest wiersz pisany by się odżegnać (od ciała by kiedyś się uśmiechnąć przy wspominkach nad skórą). tak właśnie wtedy: wszystko wyniesione zostawiliśmy tylko łupinkę na stole. byłem złym klientem plułem od nadmiaru myliłem strony i – nie wiedzieć…

Między nami nic nie było

Między nami nic nie było! Żadnych zwierzeń, wyznań żadnych! Nic nas z sobą nie łączyło – Prócz wiosennych marzeń zdradnych; Prócz tych woni, barw i blasków, Unoszących się w przestrzeni; Prócz szumiących śpiewem lasków I tej świeżej łąk zieleni; Prócz tych kaskad i potoków, Zraszających…