Powązki

Stanisław Trembecki

Idyl­la

O, mia­sto! cóż są two­je czę­sto­kroć pa­ła­ce?
Łzami do­brych zle­pia­ne ubo­gie­go pra­ce:
A go­spo­da­rze onych naj­czę­ściej bez cudu
Piją krew i żrą cia­ło ję­czą­ce­go ludu.
Peł­ne są tur­my Judy fa­mi­li­ji win­nej
Za łą­cze­nie w prza­śni­ki po­so­ki dzie­cin­nej.
Wnet uj­rzem cza­row­ni­ce wle­czo­ne na sto­sy,
Wil­ko­łek z opę­ta­nym po­je­ży nam wło­sy;
Mło­dek bez do­świad­cze­nia i lę­kli­wych sta­rek
Zwo­dzi­ciel, wśród sto­li­cy uwi­ja się Ma­rek.
Przed nie­do­łęż­ną tłusz­czą pro­ro­kiem się mie­ni,
Oko ma w nie­bie, rękę w bliź­nie­go kie­sze­ni:
Ucho­dzi mu bez kary łu­dzić tak bez­wstyd­nie!
Z tych przy­czyn, wy­znam szcze­rze, War­sza­wa mi brzyd­nie.

Nie ta­mu­ją wy­jaz­du żad­ne obo­wiąz­ki,
Wsi mię będą trzy­ma­ły, a na­przód Po­wąz­ki.
Tu słod­ko śpie­wać roz­kosz, wtó­ru­jąc na fle­cie;
Tu zwy­kła myśl swo­bod­na przy­by­wać po­ecie.
Tu się go­nić z ko­chan­ką przy mi­łych po­wie­wach!
Lub nie­przy­tom­nej, imię ry­so­wać na drze­wach.
Tu pięk­ny świat przy­by­wa na wi­ta­nie wio­sny,
A kto smut­ny przy­je­chał, po­wra­ca ra­do­sny.
Sa­dzo­ny ręką cza­su, gaik swo­im cie­niem
Za­sła­nia przed za­wist­nych i słoń­ca pro­mie­niem.
Wiel­ki­mi gmi­ny miej­sca na­peł­nia­ją one
Pięk­no­ścią po­ło­że­nia pta­szę­ta cią­gnio­ne,
Tu po­wtó­rzyw­szy wza­jem mi­ło­sne nu­ce­nia,
Nie­na­śla­dow­ne czy­nią pa­trzą­cym zgor­sze­nia.
Sta­do ła­bę­dzi po­rze tuż pły­ną­cą wodę,
Da­ją­cą na­pój, gład­kość, zwier­cia­dło, ochło­dę.
Po ni­zi­nach się są­czą zdro­je krysz­ta­ło­we,
Wy­żej wi­dok roz­le­gły i po­wie­trze zdro­we.

Stąd wi­dać owe mury, gdzie cza­sem sro­mo­ta,
Nie­zdat­ność, próż­no­wa­nie, cza­sem wpę­dza cno­ta.
Gdzie dłu­gie nosi bro­dy ka­płan w sza­tach śnież­nych,
Okra­sę grec­kich mę­dr­ców i ca­pów lu­bież­nych.
Tam lud na uro­czy­stość bie­żąc Pa­ra­kli­ta,
Je­den od­pust, a dru­gi grzech nie­zdro­wy chwy­ta.
Wi­dać Woli szo­pa­mi wsła­wio­ne rów­ni­ny,
Upięk­nił je dzier­ży­ciel ten, co i Mło­ci­ny.
Grzecz­ny żoł­nierz, z słusz­no­ścią sę­dzia mi­ło­sier­ny.
Po­wi­no­wa­ty ob­cych, lecz oj­czyź­nie wier­ny.
Stąd wzrok od­kry­wa ła­two wiel­ką część War­sza­wy
I Waw­rzy­szew nie­wdzięcz­ny, i Ma­ry­mont krwa­wy.
I pusz­czą od lat wie­lu że­la­zem nie tknię­tą,
Miej­sce prze­ni­ka­ją­ce okrop­no­ścią świę­tą.
Gdzie naj­ła­skaw­szy z kró­lów za­bój­cę na­wra­cał,
I któ­rę­dy na swój tron szczę­śli­wie po­wra­cał.

Oko­li­ce pa­mięt­ne: szko­da, że Po­wąz­ki
Same nie mają domu: snadź miał wo­rek wą­ski.
Kto tu bu­dy­nek sta­wiał, po­szew­kę ze trzci­ny,
Boki z nie­okrze­sa­nej skła­da­jąc ol­szy­ny.
I toć inną przy­stoj­ność tej wio­secz­ki sła­bi,
Że ta cha­łup­ka ni­czym do sie­bie nie wabi.
Tu ster­czy ko­min ni­ski, tam da­lej wy­so­ki,
Cie­ka­wość mię nie bie­rze nieść tam moje kro­ki.
Cze­muż ja tą cha­łup­ką po­gar­dzam, kto to wie:
Czy mi ta­kiej do zej­ścia uży­czą bo­go­wie!
Kras­sus nie miał po­grze­bu, król rzą­dzą­cy Tra­ki
Ta­mer­la­no­wi słu­żył stop­niem do kul­ba­ki.
Prze­ni­ka mnie po­ko­rą sta­rość Be­li­za­ra,
Po ca­ro­grodz­kich ryn­kach że­brzą­ca de­na­ra:
Kto by to był prze­wi­dział, kto by się spo­dzie­wał.
Kie­dy jego try­um­fy Wschód i Za­chód śpie­wał!

Jam tego losu bliż­szy, wy­nio­słość na stro­nę,
Na­wie­dzić i prze­pro­sić idę cha­tę one.
Ale cóż to ja wi­dzę! Le­d­wiem drzwi uchy­lił,
Czy to sen, czy to jawa, czy mię wzrok omy­lił?
Czy to Mer­li­na sztu­ka, czy Urgie­li dziel­nej
Przy­go­to­wa­nie czy­ni do uczty we­sel­nej?
Spraw­ność na­śla­dow­ni­cza, cią­gnąc kwia­tów wzo­ry.
Pięk­ne i przy­ro­dzo­ne dała im ko­lo­ry.
Ba­wią i trwo­żą, ryte prze­cud­nej ro­bo­ty.
Pa­stusz­ków za­le­can­ki, oce­anu sło­ty:
Uzna­wam ludz­ką rękę, myśl, po­zna­nia chci­wa,
Nie­za­wod­nie do­cie­ka, że tu prze­miesz­ki­wa
Je­den z moż­nych Sło­wia­nów, ozdo­ba uczo­nych.
Za­stęp­ca wy­na­laz­ków i sztuk wy­zwo­lo­nych.
Jemu cel­niej­sze pra­ce skła­da­cie bez liku,
Zło­to­usty Fran­cu­zie, my­ślą­cy An­gli­ku;
I od­le­gły Ka­taj­czyk przy­słał swo­je dzi­wy.
I Ho­len­der po­wol­ny, ale nie le­ni­wy,
Nie za­wsze znie­wie­ścia­ły i nie za­wsze głu­pi
Swo­jej naj­wy­bor­niej­szej Tur­czyn do­dał kupi.
Tu wi­dzieć wraz ze­bra­ne z po­rząd­kiem wy­go­dy.
Sta­ro­żyt­ność sza­cow­ną i naj­śwież­sze mody:
Szy­kow­ność za­du­mie­nia, rzecz bacz­no­ści war­ta.
Tyle mo­gła wspa­nia­łość ob­fi­to­ścią wspar­ta.
Dzię­ki go­spo­da­rzo­wi za lube po­dej­ście,
Ta jed­na w ser­ce jego chy­trość mia­ła wej­ście!
My za­wsze mó­wić bę­dziem o tym ba­wi­deł­ku:
Jest to ka­mień kosz­tow­ny w drew­nia­nym pu­deł­ku
Tak i pan tego domu w gład­kiej suk­ni cho­dzi,
God­ny Au­gu­sta krew­ny i w do­stat­kach bro­dzi.
Skrom­ność jego w ubio­rze po­strze­gł­szy z da­le­ka.
Wziął­by go może pro­stak za śred­nie­go człe­ka.
Wi­dząc jego przy­stęp­ność, jego ukłon ni­ski,
Kto by zgadł, że to ten jest Adam Czar­to­ry­ski.
Nie bio­rąc fi­lo­zo­fów pysz­ne­go imie­nia,
Oby­czaj­mi, bie­gło­ścią wie­lu z nich za­cie­nia.
Oj­ciec sie­rot, brat szlach­ty, po­ufa­le żyje,
Z da­rem­ną usil­no­ścią wiel­kość du­szy kry­je

Póki ży­cie wy­star­czy, ni­g­dy bez ucie­chy
Pa­mięć mi nie przy­wie­dzie ma­sku­ją­cej strze­chy
Gdy po­ży­tecz­ne pra­ce me siły nad­sła­bią,
Chciał­bym być za na­gro­dę tej cha­ty mur­gra­bią
Wie­rząc oraz w tu­lą­ce Pi­ta­go­ry zda­nie,
Że duch nie zna­jąc zgo­nu prze­mie­nia miesz­ka­nie
Ze­fir­ku, nieś do mo­jej bo­gi­ni te sło­wa:
„Bądź ła­twa słusz­nej proś­bie, Kni­dej­ska kró­lo­wa
Je­ślim do twych ob­rząd­ków We­stal­ki za­nę­cił,
Je­ślim ci na ofia­rę cały się po­świę­cił,
Kie­dy nie­prze­bła­ga­ne na­ka­żą wy­ro­ki,
Abym od­dal ży­wio­łom du­cha mego zwło­ki,
Par­ki będą dni mo­ich do­ci­na­ły sznur­ka,
Ty mnie odziej na­ów­czas pió­ra­mi ma­zur­ka.
Będę so­bie świe­go­tal ska­cząc po ga­łąz­kach,
Jed­no być w raju Tur­ków, co wró­blem w Po­wąz­kach.”

 

Mało szczę­śli­wy je­niec w Te­mi­ry kaj­da­nach,
Nie­gdy w za­da­nych od niej pie­ści­łem się ra­nach,
Jej ski­nie­niem rzą­dzo­ny, z wol­no­ści wy­zu­ty,
Ca­ło­wa­łem łań­cu­chy, w któ­re by­łem kuty.
Zna­la­zł­szy pod gład­ko­ścią przy sady, na­ro­wy,
Już wol­ny, do ber­liń­skiej rów­nam ją bu­do­wy,
Na któ­rej przod­ne ścia­ny nic się nie oszczę­dza:
Pięk­ny po­zór; cóż we­wnątrz? tro­ski, kło­pot, nę­dza.

In­ak­sze są Po­wąz­ki, do­mek wiel­ce miły,
Wart, by go lep­sze rymy od mych uwień­czy­ły.
Jego nie­win­na zdra­da za­du­mie­nie czy­ni,
Wierzch po­do­bien do cha­ty, śro­dek do świą­ty­ni.
W ta­ko­wym prze­by­wa­ła Bau­cis z Fi­le­mo­nem,
Sta­łą grza­ni mi­ło­ścią, rów­nym wzię­ci zgo­nem:
Za któ­rych cno­tę wiel­ką i nie­po­spo­li­tą
Król nie­bios w pa­łac zmie­nił szop­kę trzci­ną kry­tą.
Tu miesz­ka­ją z cnot tyl­ko tym po­dob­ni wie­le
I bó­stwa, i ludz­ko­ści obo­je czci­cie­le.
Hy­me­nu wstę­gą z wu­jem sie­strzan­ka złą­czo­na,
Dwie ga­łąz­ki wy­ni­kłe z szcze­pu Ja­giel­lo­na.
God­nej nie­cić i krwa­we zdol­nej śmie­rzyć woj­ny
Tu po­znać Iza­be­li gust i hu­mor hoj­ny.
Pod kunsz­tow­ną roz­ryw­ką ukry­ta na­uka
Jej to jest wy­na­la­zek, jej prze­my­słu sztu­ka.
Są, któ­rym łza się to­czy, tło­czo­na ucie­chą.
Nad zbra­ta­nym do­stat­kiem z ubo­żuch­ną strze­chą,
Na wspa­nia­łych ru­inach wy­nie­sio­ne pło­ty
Ku prze­zor­nej bacz­no­ści do­da­ją ocho­ty.
A z tych przy­sto­so­wa­nie wy­cią­gnio­ne zna­ków
Ko­rzy dumę bo­ga­tych, cie­szy nie­bo­ra­ków.
Tak jest, szczę­ścia ko­ło­wrót rzu­tem leci roż­nym,
Ten był wczo­raj ho­ły­szem, dziś jest knia­ziem moż­nym.
Żywi się ko­piąc miny, po­pra­wia­jąc da­chów
W pro­stym cią­gu po­tom­stwo Emi­lich i Gra­chów.
Kto by roz­my­ślać umiał, lep­szym się tu spra­wi.
Kto nie umie, przy­naj­mniej roz­kosz­nie się bawi.

Ja nie umiem. Po­wąz­ki ko­cham nie po­ma­łu
Dla przy­jem­nej za­ba­wy a nie dla mo­ra­łu.
Lat mi przy­dłu­żą, wi­dok da­jąc mi je­dy­ny,
Ten dom, ten las i róż­ne prze­cho­dzą­cych miny.
Tu so­bie zwol­na stą­pa uczeń Epi­ku­ra
I zwa­ża, czy nad sztu­kę pięk­niej­sza na­tu­ra.
Tu mło­dzie­niec przy­byw­szy z to­wa­rzysz­ką w pa­rze
Cie­ka­wo­ści zwie­dza­ją, brzę­czą na gi­ta­rze,
Nucą, ska­czą, bie­ga­ją, wresz­cie po­tem zla­ni,
Na zie­lo­nym od­pocz­ną dar­niu, zmor­do­wa­ni.
On, kom­pan­ce ła­bę­dzie wska­zu­jąc na wo­dzie.
Roz­pra­wia o ich pie­niu i Ledy przy­go­dzie.
Tym­cza­sem stru­mień szem­rze, dzień gę­stwi­na tłu­mi,
Fa­wo­ni po ga­iku prze­cho­dząc się szu­mi,
Szam­pań­ski nek­tar iskry wy­sa­dza nad szklan­ki,
A ten czy­ta po­myśl­ność w oczę­tach ko­chan­ki.

Tam da­lej krą­żą ma­larz i po­eta ra­zem,
Dzie­ła swo­je tu­tej­szym bo­ga­cąc ob­ra­zem.
Wnętrz­ne domu ozdo­by nie­jed­ne­go trwo­żą,
Wnijść się lęka fa­na­tyk; gdy na­gle otwo­rzą,
Wstecz się cofa, z prze­stra­chu wy­bla­dły jak chu­s­ta,
Słu­pie­ją mu źre­ni­ce, roz­cho­dzą się usta:
Chciał w cha­tę wnijść, aż wi­dzi pa­ła­co­we ścia­ny.
Mnie­ma być kunsz­tem Styk­su ta­ko­we od­mia­ny.
Lecz ła­two zgad­nie, czym jest cha­łup­ka ni­niej­sza,
Gdy do­myśl­ny rzecz uj­rzy, któ­ra se­kret zmniej­sza.
Oka­za­łość fol­war­ku zda się mó­wić pra­wie,
Że pani le­piej miesz­ka ni­że­li jej pa­wie.

Tam w świę­to boż­ka zło­tym ozdob­ne­go ro­giem.
Oj­cow­skim wy­da­ne­go na świa­tło po­ło­giem,
Gdy mę­żo­wie, płeć mniej­sza i nie­ślub­na mio­dzież
Spie­szy na ob­chód, tref­ną bio­rąc na się odzież.
Księż­na tak­że, ta­ją­cą kła­dąc na się lar­wę,
Prze­bie­ra się w dzi­wacz­ną ba­chu­so­wą bar­wę.
Gra­cy­je z nią czy­nią­ce nie­od­stęp­ne kro­ki,
Ukry­wa­ją się wte­dy pod jej płaszcz sze­ro­ki.
Przy­rod­nych Ku­pi­dy­na bra­ci lube sta­do,
Któ­re oko­ło księż­ny za­wsze igrać rado,
Cho­wa się, gdzie kto może; ten się wy­żej krze­pi.
Naj­pierw­szy się le­niw­szy fal­ba­ny ucze­pi;
Tam­ten po sznu­ro­wa­niu szcze­blu jacy dziel­nie,
Kędy za­szedł, tam miesz­kać my­śli nie­śmier­tel­nie.
Tam­ten się aż pod ma­skę su­nąc w rześ­kim bie­gu
Wpa­da mię­dzy kwit­ną­ce róże wpo­śród śnie­gu.
Inny lek­kim skrzy­deł­kiem wznie­sio­ny do góry
Ob­wi­ja się w mi­ster­nie tre­fio­ne kę­dzio­ry.
Głos księż­ny, by naj­sroż­szym wład­ną­cy umy­słem.
W mru­cze­nie uro­czy­stym mie­ni się wy­my­słem.
Któż by ją więc ro­ze­znał w świę­to tego boż­ka?
Aleć nie­po­rów­na­na wy­da­je ją nóż­ka.
Nóż­ka! kształt­niej­szej od niej, aż za chiń­skie szran­ki,
Nie znaj­dzie u pa­ster­ki ani u suł­tan­ki.
Ty, bie­gły Bac­cia­rel­li, dla twych bo­giń wzo­rów
Z tej szu­kaj stop­ki, god­nej nie­bie­skich ho­no­rów.
Ja zaś na skał naj­wyż­szych idę miesz­kać wierz­chu.
Szkła i oczy kie­ru­jąc od świ­tu do zmierz­chu
Tam, gdzie tarcz So­bie­skie­go, wie­niec Ary­jad­ny
I cud­nej Be­re­ni­ki świe­ci war­kocz ład­ny.
A pa­ląc Ura­ni­ji me ofia­ry god­nie,
Znaj­dę może nie­zna­ne Olim­pu po­chod­nie.
Do gwiazd no­wych od­kry­cia stąd bio­rąc po­cho­py,
Bym je uczcił imie­niem Iza­be­li sto­py.

—-
Epi­gram­ma
—-

Wszedł­szy bez ostrze­że­nia pod tę szop­kę ci­chą.
Zdu­mia­ły, wła­snym oczom uwłó­czy­łem wia­ry;
Tak Lu­dwik pod gor­se­tem i kucz­baj­ką li­chą
Ty­siąc zna­lazł pięk­no­ści u swo­jej du Bary.

Twoja ocena
Stanisław Trembecki

Wiersze popularnych poetów

Wieczory

Nie wystarczy nas na to milczenie i płacz za umarłym czasem. Rosną na ścianie, w ogień schodzą cienie. Obce przeszły, zostały nasze. Jak zwierzęta łaskawe u ognia mrucząc otulą nas…

Gdy domdlewasz na łożu

Gdy domdlewasz na łożu, całowana przeze mnie, Chcę cię posiąść na zawsze, lecz daremnie, daremnie! Już ty właśnie — nie moja, już nie widzisz mnie wcale: Oczy mgłą ci zachodzą,…

Sobota

Boże jaki miły wieczór tyle wódki tyle piwa a potem plątanina w kulisach tego raju między pluszową kotarą a kuchnią za kratą czułem jak wyzwalam się od zbędnego nadmiaru energii…